niedziela, 20 sierpnia 2017

Rozdział XVI [Duchy księcia]

Skarbica wiedzy okazała się dumna i nieustępliwa. Najbliższe dni w bibliotece Bella i Bestia spędzili na walce z szarym, smętnym duchem przeszłości.  
Starali się nie rozkojarzyć jak pierwszego dnia, bowiem sprzątanie okazało się długim i żmudnym zajęciem. A jednak żadne z nich nie protestowało. Zawarli pakt… Pakt, którego sami do końca nie rozumieli, ale który popchał ich w stronę czegoś lepszego. Bella miała wrażenie, że ściera kurz nie tylko z mebli, ale i z serca Bestii, które wcześniej obrosło grubą, zimną pajęczyną. Kolejnym zdumiewającym odkryciem był fakt, że cisza nie kuła na wzór szpilek. Nie wisiała nad nimi niczym ciężka zasłona… Tym razem, nawet gdy nic nie mówili, milczenie przepływało między nimi swobodnie. Wspólna praca, ruchy, ukradkowe spojrzenia… To wszystko stało się naturalne. Bestia zdawał się wykonywać swoją pracę z ponurą zaciętością, jakby prawdziwe zajęcie po długim czasie bezczynności przynosiło mu ulgę. Gdy zaś rzucał kąśliwe, żartobliwe uwagi, Bella uśmiechała się pod nosem i sama nie pozostawała dłużna. W tych chwilach prawie zapominała, że ma do czynienia z potworem.  
W końcu biblioteka stała się tak czysta, jak sobie tego dziewczyna życzyła. Pomiędzy książkami nie kryła się już ani jedna pajęczyna, z jasnych kafelków można by było jeść, a skrzydła podtrzymujących sklepienie aniołów lśniły złocistym blaskiem. Przez okna wlewał się blask dnia, który padał na dębowy stolik o półkolistych nogach i elegancko poustawiane przy nim krzesła. Królewska biblioteka odżyła na nowo. W przeciągu niemal słyszało się jej oddech ulgi, a zgromadzone w niej skarby wystawiały zachęcająco grzbiety.
Bella nie zwlekała. Znalazła zapowiadającą się interesująco lekturę i usiadła, ostrożnie przerzucając kruche stronnice. Ile rąk wcześniej dotykało tej książki? Ile głów pochylało się nad jej treścią? Odżyła w niej dziecięca żądza wiedzy i przygód. Miała wrażenie, że jest na tropie wielkiej tajemnicy.   

Bestia spoglądał na swoją towarzyszkę, stojąc w cieniu jednego z regałów. Wszystkie słowa zachował dla siebie i tylko obserwował w skupieniu, jak dziewczyna promienieje po przeczytaniu pierwszych słów i z podnieceniem przewraca kolejne strony. Odkąd przybyła do zamku, nigdy nie widział jej takiej szczęśliwej. Siedziała wśród gruzów dawnych ambicji, a jednak biło od niej życie. Wydawała się wręcz uosobieniem pasji. I być może wtedy Bestia podjął ostateczną decyzję.
— Chcę, byś odgadła, kim jestem.

Bella uniosła wzrok rozjarzonych oczu, jeszcze nie do końca świadoma, o co pan zamku ją prosi.
— Słucham?
— Skoro biblioteka została wyprzątana, pora wrócić do gry. Wymyśliłem dla ciebie trzecią zagadkę. — Bestia przeszył ją uważnym, mrocznym spojrzeniem. — Chcę… chcę, byś odgadła, kim jestem.
Dziewczyna zamknęła książkę. Musiała przyznać, że przez ostatnie dni prawie w ogóle nie myślała o ich grze. A przynajmniej nie w taki sposób, jak kiedyś. Bestia stał się dla niej kimś więcej niż oprawcą i nie mogła uwierzyć, że w razie przegranej tak po prostu pozbawiłby ją życia. Chce grać dla samej rozrywki grania… Ale w tej zagadce kryło się coś więcej.
— Odgadła twoją historię?
Posłał jej gorzki uśmieszek.
— Przyznaj, że nęci cię ona już od jakiegoś czasu. Teraz masz okazję rozwiać swoje wątpliwości.
— To prawda. Jak jednak mam tego dokonać?
— A jak dokonałaś poprzednich dwóch? — zakpił, po czym machnął łagodniej łapą. — Możesz wchodzić, gdziekolwiek zechcesz, a także zadawać pytania... Chociaż moje odpowiedzi nigdy nie będą jasne. Tym razem dostaniesz tyle czasu, ile potrzebujesz.
Te słowa podsyciły podejrzenia Belli. Bestia nie chciał, aby ona przegrała. Pragnął, aby…
— Jesteś pewien? — spytała ciszej. Wyszczerzył kły.
— Zbyt długo dusiłem to w sobie. Chcę, byś spojrzała mi w oczy i powiedziała na głos to, co dręczy mnie od bardzo dawna. Nie oczekuję twojego zrozumienia… Chcę tylko, żebyś wiedziała.
Nie chcesz być z tym sam. Bella mogła to zrozumieć, chociaż czuła zarówno zaintrygowanie, jak i niepokój. Miała już jakieś zalążki podejrzeń, ale wiele kart historii zamku pozostawało dla niej nieodkrytych. Przez chwilę nie była również pewna, czy chce je poznać — polubiła Bestię takim, jaki przed nią teraz stał. Kto wie, kim był wcześniej? Ile krwi znajdowało się na tych szponiastych dłoniach, które uratowały ją przed upadkiem?
Z drugiej strony powstrzymanie ciekawości nie leżało w jej naturze.
— Dobrze, zrobię, co będę mogła — odparła z zapałem. Wyprostowała się na krześle, przytykając palce do czoła. Gra zaczęła się na nowo, nie chciała tracić czasu. — Pierwsze pytanie. Czyj kiedyś był ten zamek?
— Rodziny królewskiej.
— Jakiej?
Bestia wyszczerzył zęby w zadziornym uśmiechu.
— Drzewa genealogiczne poszczególnych rodów znajdziesz zapewne gdzieś wśród regałów.
— No dobrze. Drugie pytanie. — Wahała się chwilę, po czym ponownie spojrzała w te błękitne oczy. — Byłeś kiedyś człowiekiem, prawda?
Dostrzegła cień zdumienia przymykający po jego szpetnej twarzy.
Stwór obrócił się i zaczął krążyć za jej krzesłem, przesuwając długimi szponami po oparciu. Dziewczyna czuła jego bliskość i wyjaśnienia, które nie chciały mu przez gardło.  
— Być może.
— Czy przejąłeś ten zamek i zamordowałeś jego prawowitych mieszkańców?
Bella nie chciała zabrzmieć tak ostro, ale to było pierwsze wytłumaczenie, jakie przyszło jej do głowy. Opuszczony zamek, zdewastowane komnaty, porzucone kości… I ten tajemniczy stwór pośrodku wszystkiego.
Bestia pochylił się. Dziewczyna była świadkiem, jak przy jej policzku obnażają się krwiożercze zęby stwora.
— Pragnąłbym, aby tak było.
Pan zamku odsunął się równie szybko, jak przybliżył. Zaraz potem odszedł, łopocząc skrzydłowymi drzwiami. Bella została sama z wątpliwościami. Nie zamierzała się jednak poddawać. Obiecała sobie, że odkryje tajemnicę Bestii, nawet jeśli miałoby ją to zabić.

*

Bella zaczęła swoje poszukiwania od miejsca, które potrafiło rozwiązać wszystkie problemy — czyli od swojej ukochanej biblioteki. Musiała przyznać, że księgi są tutaj bardzo zróżnicowane: jedne opowiadały o rycerskich przygodach, drugie rozprawiały o filozofii i naukach ścisłych, jeszcze inne były pełne pięknej poezji, a niektóre dotyczyły kwestii historycznych. To pod tą kategorią dziewczyna zaczęła szukać przydatnych informacji, licząc, że natrafi na coś w rodzaju królewskich kronik.
Po wielu godzinach przekopywania się przez zbiory i odrzucana nieprzydatnych książek z westchnieniem irytacji, w końcu natrafiła na spis genealogiczny rodziny królewskiej oraz innych znaczących rodów. Było to już pod koniec dnia. Za oknem zapadał granatowy zmierzch. Nadchodzącą ciemność rozganiał płomyk świecy postawionej na stoliku.
Stronnice księgi były pożółkłe niczym tarcza księżyca i sprawiały wrażenie kruchych. Bella ostrożnie przerzuciła pierwszą kartę. Na samej górze widniały napisane wytłuszczonym drukiem słowa: Drzewa genealogiczne królów Wilczych Gór.
Dziewczynę owionął osobliwy podmuch.
Królestwo Wilczych Gór…
Ta nazwa wydawała się przebijać niewyraźnie przez taflę wspomnień w głowie Belli. Dziewczyna miała wrażenie, że gdzieś się już z nią zetknęła, że kiedyś, kiedy była mała i beztroska, słyszała nad swoją kołyską wypowiadane szeptem królestwo, jakby jeden z elementów baśni…  
To możliwe, że matka używała tej nazwy w swoich opowiadaniach na dobranoc — zdecydowała rozsądnie. Bądź co bądź, Port Nadziei nie może być aż tak daleko od tego zamku, a zatem niektórzy mogli słyszeć o dawnym, upadłym królestwie, nawet jeśli brali je tylko za legendę.
Przerzuciła następne strony, ledwo panując nad zapalczywością palców. Rzucane przez świece cienie padały na pergamin niczym szpony.
Drzewo genealogiczne rodziny królewskiej rozpoczynało się od pierwszego władcy tej krainy, Eudesa, zwanego Groźnym. Przy jego imieniu widniała data urodzenia oraz śmierci. Rozpiska rozgałęziała się na jego żonę i siódemkę dzieci, później z kolei na ich małżonków i latorośle. Tyle żywotów spisanych na kilkunastu stronach papieru… Wszyscy oni jednak żyli przed wiekami, z pewnością nie mogli być ostatnimi właścicielami zamku.
Bella prześledziła wzrokiem pozostałe drzewa, równie potężne i rozgałęzione, aż w końcu zatrzymała się na ostatnim potomku królewskiego rodu.
Zwał się Lucien i wedle starannie sporządzonej notatki był synem króla Renauda oraz królowej Ines. Urodził się niemalże trzy ćwierci wieku temu. Kronikarze jednak milczeli o dacie jego śmierci…
Dziewczyna prędko przekartkowała księgę, zaglądając do drzew genealogicznych szlacheckich rodów — one również urywały się przy potomkach w tym okresie, jakby ktoś po prostu nie zdążył już dopisać nic więcej. Muszę znaleźć kronikę ostatnich lat istnienia tego królestwa.
Poszukiwania były dość nużące, ale Bella wiedziała, że nie zdoła usnąć bez odpowiedzi. W końcu natrafiła na odpowiednią księgę i mogła przeczytać o Wilczym Królestwie za panowania króla Luciena.
Książę Lucien wstąpił na tron w wieku lat dwudziestu dwóch, zastępując swojego ojca, poległego w Bitwie Czerwonych Głów. Od samego początku był władcą charyzmatycznym i ambitnym. Wyruszał na liczne wyprawy mające poszerzyć granice jego królestwa. Podbił Bagniste Ziemie, Sosnowy Las, Białe Wierchy, a także Królestwo w Puszczy.
Na tym notatka się kończyła. Wyglądało na to, że młody, ambitny król ledwo zdążył przyłączyć do swojego państwa ostatnie ziemie, kiedy coś położyło kres jego panowaniu i obróciło całe królestwo w zapomnienie. Ale co? I jaki to ma związek z Bestią? Czy to był jakiś najazd? Atak potwora? A może… czary?
Bella nie wykluczała tej możliwości.


*

Nocą w jej głowie kłębiło się wiele myśli i pytań. Bella leżała niespokojnie w łóżku, zatopiona w świecie półjawy. O tej porze zamek jak zwykle rozbrzmiewał symfonią cieni i zgrzytów. Tym razem jednak dziewczyna miała wrażenie, iż słyszy w tym wszystkim nawołujące ją szepty.
To przeszłość chce mi coś powiedzieć. A może duchy?
Ostatecznie znużenie wzięło górę i Bella zasnęła.
Śniło jej się, że stoi na progu swojego domu — ta drewniana chata nie była w rzeczywistości jej domem, ale we śnie miała pewność, że tak jest. W dali słychać wystraszone krzyki, napływające ku niej niczym przeszywająca fala. W ciemności widziała jęzory pochodni i cała drżała, bowiem wiedziała, że jej ojczyznę zaatakowano. Nie miała się jak bronić, była w potrzasku, a wszyscy jej walczący bliscy mieli paść ofiarą okrutnego króla.
Mogła stać tutaj bezczynnie albo ratować się ucieczką, ale wiedziała, że i tak czeka ją zguba.
Ciemność zaczęła się zawężać i zamykać nad jej głową — i oto Bella znów znalazła się w zamku. Irracjonalnie wiedziała jednak, że jest tutaj tylko umysłem. Dookoła płonęły pochodnie, żywe niczym ogniste węże. Na końcu korytarza stała pewna postać. Kobieca, długowłosa, choć jej twarz ginęła w cieniu.
— Mamo? — spytała z nadzieją Bella i ruszyła w jej stronę, ale naraz zatrzymała się w półkroku. To nie była jej matka. Ta kobieta była niższa, ale biła od niej niezwykła aura. Potęgi, gniewu i żalu. Bella czuła te emocje niczym pył unoszący się w powietrzu. Zza rękawów poszarpanej sukni postaci wyłaniały się blade, delikatne ręce.
— Kim jesteś?
Kobieta milczała, ale wykonała gest, aby dziewczyna podążyła za nią. Bella usłuchała bez protestu. Dotarły do drzwi, które postać otworzyła. Bella niepewnie zajrzała do środka.
Ujrzała komnatę — nic nadzwyczajnego, skoro znajdowały się w zamku. Komnata była duża i przygotowana jakby dla dziecka. Za oknami rozciągało się ciemne, wieczorne niebo, a w kominku przygasał ogień, pogrążając pomieszczenie w sennym półmroku. W wielkim łożu z aksamitnym baldachimem i pozłacanymi narożnikami siedział mały, rudowłosy chłopiec. Nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat, a na jego słodkiej, bladej twarzyczce malowało się strapienie.
— Nie chcę spać, ciągle miewam koszmary — skarżył się klęczącej przy nim kobiecie. Pani ta miała delikatną twarz i długi, jasny warkocz spływający jej po plecach. Odziała była w piękną suknię wyszywaną jasnozielonymi nićmi i choć miała swoje lata, w łagodnym świetle kominka wydawała się uosobieniem wiosny.
Jej usta układały się w krzepiący uśmiech.
— Nie martw się, każdy je ma. Ja także.
— Ale ojciec mówi, że ja nie mogę. — Chłopiec uniósł drżącą lekko brodę. — Nie, jeśli chcę zostać królem.
— Twój ojciec… — Po jej czole przeszła trudna do przeoczenia zmarszczka. — Chce twojej siły. Jednakże zapamiętaj, Lucienie, nie ma siły bez strachu. Król w boju również wydaje się nieustraszony, wręcz niepokonany, ale i on nieraz się lęka. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
Książę westchnął ciężko, ale dzielnie podciągnął sobie pod brodę pierzynę i położył głowę na miękkich poduszkach. Matka przyglądała mu się uważnie.
— Opowiedzieć ci baśń?
— Ale ojciec…
— On się o tym nie dowie. — W jej błękitnych oczach zatańczyła figlarna iskierka. — To będzie nasza tajemnica, prawda, Lucienie?
Chłopiec pochwycił reguły zabawy i skinął głową z wyczekującą miną.
— Tak, matko. Obiecuję, że to będzie tajemnica.
— Dobrze. — Królowa poprawiła przykrycie syna, a później usiadła wygodnie obok niego, rzucając na pobliską ścianę smukły cień. — A zatem dawno, dawno temu w zamku takim jak ten żył sobie pewien słodki książę…
Bella obejrzała się za siebie i ujrzała w progu swoją tajemniczą przewodniczkę. Kobieta wykonała ponaglający gest. Bella jakimś cudem wiedziała, co ma zrobić. Minęła pochylonych ku sobie matkę i syna i dotarła do kolejnych drzwi. Otworzyła je.
Tym razem znalazła się w znanym sobie pomieszczeniu z długim, zastawionym różnymi pysznościami stołem, z żyrandolami świec zwisającymi z góry i płaskorzeźbami zdobiącymi ściany. Teraz jednak nie było tutaj ani grama kurzu. Cała komnata jadalna lśniła złotawym blaskiem ognia.
Przy stole zasiadała rodzina królewska. Jednakże król, starszy, postawny mężczyzna o rudobrązowych włosach przecinanych srebrnymi nićmi, właśnie wstawał. Wbił w żonę swoje zimne oczy sokoła i uniósł gniewnie głos:
— Jak mam rozumieć słowa, że wstrzymałaś wysłanie tamtych listów?!
Królowa była blada jak ściana i nie potrafiła spojrzeć w twarz męża na dłużej niż ułamek sekundy.
— Nie powinniśmy atakować tamtych ziem, mój panie. Potrzebujemy sprzymierzeńców, a nie wrogów… — zdołała wyjaśnić drżącym głosem. Siedzący nieco dalej syn, wciąż chłopiec, wpatrywał się w rodziców z narastającym niepokojem.
— Ty będziesz decydowała, kogo potrzebujemy?! Ty?! — Król ruszył w kierunku swojej żony. Bez skrupułów odciągnął ją szarpnięciami od stołu. Książę otwierał usta, ale za bardzo się bał, by coś powiedzieć. Stojący przy drzwiach strażnicy również wydawali się niespokojni, jednakże nie mogli podnieść mieczy przeciwko swojemu panu.
— Zostaw mnie! — wyjąkała słabo kobieta, ale na nic się to nie zdało. Władca wymierzył jej bezlitosny cios w policzek, po którym zachwiała się i upadła. Jej długi warkocz rozciągnął się po ziemi. Teraz wydawała się licha niczym łodyżka, łatwa do złamania.
W ułamku sekundy Bella pomyślała o swojej siostrze Margot. O emocjonalnej, nieszczęsnej Margot, która mogłaby być na miejscu królowej i również płakać z powodu gwałtowności męża. Nigdy jej tego nie życzyła.
— Jak ci się to podoba, Wasza Wysokość? — zakpił król, pochylając się nad żoną. — Nadal sądzisz, że decydowanie za mnie jest dla ciebie odpowiednim zajęciem?
— Nie — wycedziła królowa przez zęby, drżąc ze szlochu i upokorzenia. — Przepraszam, panie…
Król uniósł palec.
— Jeśli jeszcze raz zrobisz coś bez mojej zgody, tak się tobą zajmę, że nie będziesz w stanie chodzić! — zapowiedział, po czym demonstracyjnie strącił puchar ze stołu i wyszedł.
Gdy ojciec się oddalił, mały książę zerwał się z miejsca i pomógł zrozpaczonej matce wstać.
— Boli cię? — zapytał takim tonem, jakby chciał, aby kobieta znów uśmiechnęła się zagadkowo i opowiedziała mu bajkę o lepszym, słodszym świecie. Królowa pokręciła bezradnie głową i przyłożyła dłoń do policzka syna, po czym wyszeptała przez łzy:  
— Król musi być czasem bezlitosny, nie ma siły bez strachu…
Bella szarpnęła za uchwyt kolejnych drzwi. Czuła, że to czas, aby iść dalej.
Znów znajdowała się w komnacie księcia. Teraz przyszły władca był już nieco starszy. Jego ciemnorude włosy urosły do ramion, a sylwetka zaczynała robić się szersza w ramionach. Mógł mieć może trzynaście lat. Ojciec wszedł do pomieszczenia i zaczął okrążać syna niczym sokół ofiarę. Potem uniósł jego podbródek.
— Jesteś już niemalże mężczyzną, Lucienie. Czas, byś wyzwolił się spod niewieściego wpływu. — Król cofnął rękę, a jego spojrzenie przeszywało na wylot. — Nie jestem twoim wrogiem, mogę z ciebie zrobić króla, odważnego, potężnego, szanowanego przez lud. Ale ty również musisz tego chcieć.
Książę dzielnie nie opuszczał wzroku.
— Jak każesz, ojcze.
— „Jak każesz, ojcze”? — przedrzeźniał mężczyzna z kpiącym błyskiem w oku. — Tak może odpowiedzieć byle wieśniak!
Lucien zacisnął szczęki, a długo tłumiony gniew wreszcie zaczynał gorzeć w jego jasnych oczach.
— Nigdy nie będę byle wieśniakiem! — Wyprostował się dumnie. — Jestem twoim synem, wilczym księciem, i zrobię wszystko, by stać się królem.
Król zmrużył z zaciekawieniem oczy.
— Wszystko?
— Wszystko bez wyjątku, ojcze.
Następne drzwi.
Bella widziała pierwszą bitwę księcia. Liczył sobie dopiero szesnaście lat, ale miesiące ćwiczeń bronią i odżywianie godne króla uczyniły jego sylwetkę postawniejszą i zdolną do większej siły. Młodzieniec jechał na karym rumaku w ciemnogranatowej zbroi, w lśniącym hełmie zdobionym wyszczerzoną paszczą wilka, z ostrym mieczem u boku.
Było w nim coś pięknego, kiedy tak galopował naprzeciw wrogom, z płomienistymi włosami wysuwającymi mu się spod hełmu i uniesionym mieczem gotowym do ataku. Książę walczył zaciekle; siekał swoich przeciwników, jakby to były tylko kłosy zboża pod kopytami jego wierzchowca, i nigdy nie przyznawał litości. Kiedy zwyciężyli, rozległ się potężny dźwięk rogu, a obryzgany krwią syn wrócił do ojca, wyglądając niczym bóg śmierci.
Ostatnie drzwi kryły w sobie salę koronacyjną, pełną przepychu, gdzie przyozdobione freskami dawnych królów sklepienie podtrzymywały marmurowe kolumny, a w oknach wisiały zasłony z wizerunkiem szarosrebrnego, wyszczerzającego groźnie kły wilka. W pomieszczeniu tłoczyło się mnóstwo ludzi; damy z jaśniejącymi oczami wpatrywały się we kroczącego po dywanie księcia, a dworzanie schylali z czcią głowy. Rycerze w ciemnych zbrojach stali niemal w każdym kącie, by zapewnić władcy bezpieczeństwo.
Lucien wstąpił na podwyższenie. Jego pierś okrywała teraz długa, granatowa koszula, na ramionach spoczywał płaszcz z gronostajów. Miał skupioną, zadowoloną z siebie minę. Przy dźwięku pochwalnych pieśni duchowny włożył mu na skronie złotą koronę z szafirem. Wszyscy zgromadzeni złożyli pokłon swojemu nowemu królowi. 
— Powstańcie! — rozkazał Lucien silnym, dumnym głosem. — Oto widzicie przed sobą młodego władcę, który zapisze się jako największy w historii. Mój ojciec był potężnym królem, lecz ja będę jeszcze lepszy. Dla wrogów nie będę miał litości, a kto nie uzna mej woli, zostanie ogłoszony zdrajcą i bezzwłocznie ukarany. Nie zatrzymam się, powiększę nasze wspaniałe królestwo, dopilnuję, by stało się ono znane na całym świecie!
Tej gorącej przemowie odpowiedziały oklaski i uśmiechy, jednakże nie uszło uwadze Belli, że niektórzy z zebranych poruszają się nerwowo albo wymieniają szybkie szepty z sąsiadami. Nowo namaszczony król wyglądał jak uosobienie piękna i siły, a jednocześnie niczym anioł zguby. W jego oczach paliło się światełko żądzy, w sercu zaś nie było miejsca dla litości lub sentymentów. Miał dwadzieścia dwa lata i już nie był tym słodkim chłopcem, który boi się, że nie sprosta swoim obowiązkom. Teraz zasiadający wygodnie na tronie młodzian rozsmakował się w podbojach i władzy, nie zamierzał przestrzegać żadnych reguł.
Bella spoglądała jeszcze przez chwilę na ozdobioną pięknymi szatami sylwetkę młodzieńca. W jej sercu rodził się jakiś ból, jak gdyby wbijający się sopel lodu.
Potem jaśniejąca sala tronowa zniknęła za zamykającymi się drzwiami.
Wszystko zniknęło.


*


Bella obudziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca, dysząca i zmęczona, jakby całą noc biegła. Przez chwilę nie poruszyła się nawet o cal, rozgorączkowanymi myślami usiłując opisać to, co ujrzała we śnie, czego była świadkiem.
Tej nocy jej serce stało się ciężkie niczym kamień.


*

Bestia wyglądał równie szkaradnie jak zwykle, ale tego ranka Bella dosłownie nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Niedowierzającym spojrzeniem śledziła zdeformowane żłobienia w jego twarzy, która kiedyś była tak gładka i rumiana, rdzawe kudły, które niegdyś spływały mu kaskadą po ramionach i długie rogi, które wcześniej pozostawały niewidoczne.
Znam twoją twarz, Wasza Miłość. Teraz już ją znam.  
W dziewczynie budziła się jakaś niezdrowa fascynacja, odraza i zdumienie, ból i smutek. Nie mogła się zdecydować, czy powinna drżeć przed dalszą historią, czy wstać i wymierzyć gospodarzowi policzek, a może wręcz przeciwnie, ucałować go w oszpecone czoło.
Bestia z pewnością zauważył wahania jej nastroju i zdumiewające jak na nią milczenie. Gdy skończyli śniadanie, machnął szponiastą dłonią i spytał pozornie łagodnie:
— Jak wiele udało ci się już odkryć?
— Zbyt wiele… Królu Lucienie. — Dziewczyna odłożyła na bok sztućce. Bestia nawet się nie poruszył. Spoglądał na nią błękitnymi oczami, które należały do człowieka.
— Szybko działasz, Bello. Nie tego się spodziewałaś, prawda? Kiedy spoglądam w lustro, sam nie mogę uwierzyć, że kiedyś byłem człowiekiem.
— Byłeś także i królem… — Spuściła wzrok, lekko zawstydzona, może po raz pierwszy od dawna onieśmielona w jego obecności. Miała wrażenie, że widzi swoje sny w krzywym zwierciadle. W dzieciństwie marzyła, by poznać prawdziwego władcę, z koroną na skroniach i sercem ze złota… Siedzący naprzeciw niej mężczyzna nijak pasował do tego obrazu, a jednocześnie wydawał się kimś jeszcze bardziej intrygującym. Niczym koszmar usypany z dawnych grzechów i brzydoty.
— O tak, królem. Nie wiesz jednak wszystkiego.  Nie wiesz… co tutaj się działo, kiedy zasiadałem na tronie.
Dziewczyna niespodziewanie poczuła, że włoski na jej ramionach się podnoszą.  
— A zatem mi powiedz — odparła, zbyt zaciekawiona, by poddać się lękowi. — Chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć, inaczej to nie ma sensu.
Bestia uśmiechnął się gorzko, jakby tylko czekał na niezaspokojoną żądzę wiedzy swojej towarzyszki.
— Pokażę ci.
Wstał od stołu i gestem ręki dał znać, by poszła za nim. Zostawili za sobą opróżnione naczynia i płonące jasno świecie, przemierzając korytarze zachodniego skrzydła. Bella w ciągu kilku spędzonych w zamku tygodni zdążyła zapoznać się z otoczeniem, jednakże Bestia prowadził ją takimi ścieżkami, których jeszcze nie poznała i które wydawały się bardziej zapuszczone niż pozostałe części twierdzy.
W końcu doszli do schodów, śliskich od błota i wilgoci. Prowadziły w dół, w ciemność koszmarów. Bella ostrożnie postawiła na nich pierwszy krok.
— Trzymaj się blisko — przestrzegł ją Bestia. — Tam nie znajdziesz światła.
Spojrzeli sobie w oczy. Pan zamku wciąż był wyższy, choć stał na niższych stopniach. Bella uświadomiła sobie, że Bestia nie jest w tej chwili tym, kogo widziała w bibliotece. Każdy mięsień jego twarzy zdawał się napięty, usta układały się groźny grymas, z oczu biło coś mrocznego. Nie mogę się teraz wycofać.
Nie mówili już nic więcej. Zeszli do podziemi. Do dawnych królewskich lochów. Bella czuła, że ogarnia ją lodowate zimno, zupełnie, jakby na świecie nie istniała już ani kropelka światła. Bała się, coraz bardziej się bała, a jednak dalej kroczyła za Bestią. Wydawało jej się, że słyszy w mroku krzyki, jęki, błagania i przekleństwa; nieznośną kakofonię bólu i gniewu, czyste źródło cierpienia ludzkiego.
Zupełnie jakby wkroczyła do krainy śmierci.
W kolejnej chwili była już pewna, że widzi w dali kobietę, wiszącą za ręce na sznurze. Była naga i blada; jej wychudłe ciało wydawało się zaledwie smugą drżącą na ścianie ciemności. Nieszczęśnica nie miała już siły krzyczeć, po prostu wisiała i pozwalała, by ból i znużenie odbierały jej przytomność. Jej zapadłe oczy były oczami nieboszczki.
Dalej był mężczyzna przytwierdzony do stołu i unieruchomiony więzami wokół nadgarstków i kostek. Wokół niego kłębiły się szare stworzenia, szczury. Gryzonie musiały być głodne. Popiskując okropnie, kąsały więźnia we wszystkie skrawki ciała. Najtłustszy ze szczurów usadowił się na brzuchu mężczyzny i grzebał pyskiem w jego otwartej ranie. Nieszczęśnik krzyczał, jego więzy dzwoniły, gdy próbował się bronić. Na nic to jednak. 
Odgłosy batów. Cały rząd więźniów ze skórą zdartą z pleców. Zakrwawione płaty wyglądały jak skrzydła. Ale jeżeli mieli gdzieś polecieć, to tylko do grobu.  
Fetor krwi był jak prawdziwy i obezwładniający; wciskał się do nosa niczym wąż i sprawiał, że Bella ledwo mogła ustać na nogach.
— Bestio! — wydarło się z jej gardła mimowolnie. Usiłowała odszukać go wśród tych cierpiących duchów, jednakże pan zamku zniknął, pozwalając, by sama zmierzyła się z koszmarem rozgrywanym w podziemiach.
To za dużo — pomyślała ze łzami w oczach. Była opętana przez najprymitywniejszy z lęków, samotna w mroku i drżąca, marząca jedynie o tym, by stąd wyjść, by zapomnieć, by uciec przed prawdą. Ale było już za późno. Nie sądziła… nie podejrzewała, że młody król był aż takim potworem. To za dużo.
Sądziła, że może bawić się w bohaterkę, igrać z panem zamku, uważać za odwagę fakt, iż podjęła się gry o własne życie, ale tak naprawdę to było nic — nic wobec ogromu tego, przed czym stała.
I nie powstrzymywała już ogarniającej jej ciemności.


*

Witajcie! Na początku chcę bardzo przeprosić za dwa miesiące nieobecności. W okresie wakacji powinnam mieć najwięcej czasu na pisanie, a jednak nagle dopadło mnie tyle spraw, że nie miałam siły zajrzeć do swoich tworów. Miałam ciężki okres, ale ufam, że teraz będzie lepiej. 
Mam także nadzieję, że długość tego rozdziału wam to wynagrodzi, no i że jeszcze macie cierpliwość do historii Pięknej i Bestii. Rozdział dość drastyczny, ale taki musiał być. Jestem ciekawa waszych opinii. 
Niebawem nadrobię też zaległości na waszych blogach, słowo! 
Trzymajcie się, kochani!